anatol bakier

mane tekel fares.
i chuj.

a teraz spóbuj nadać dniu tytuł

Wygląda na to, że wszystko się już wydarzyło. Rutyna, do której tak się bez pamięci gna, okazuje się prędko zjawiskiem o „kontrowersyjnej ciekawości” (jakby napisała Masłowska). Przygodą staje się powoli wydawanie pieniędzy. Przekonałem się, że faktura, to już nie tylko wzór materiału, ale co z tego? Jeżeli odmawiam kolejnych wyjazdowych zaproszeń, to tylko z obawy. A jest się czego strachać: noc, mrok, świt, dzień, do tego wszystkiego dochodzą jeszcze Urząd, Zakład oraz Centralne Biuro.

A ja na przykład polubiłem korporacje. Że ciemiężą pracowników? Że dreskody, uniformizacja? Że zapierdol? Że ułuda korpoluzu? Mam to w najgłębszych odmętach. Darzę bowiem takie koncerny sympatią głównego księgowego, który lubi jak mu się kolumienki i wierszyki zgadzają.

Rajcują mnie także, ostatnio bardziej niż kiedykolwiek, wszelkie zawody sportowe. Żadne tam gorycze porażki i inne słodycze. Raczej – chłód analizy. Jest coś niewiarygodnie zabawnego w gremialnej próbie stawiania diagnozy, dlaczego przez pewien czas, w pewnym miejscu dochodziło do określonych zbiegów okoliczności, które się z rozdziawioną japą obserwowało. Proszę sobie wyobrazić przebogaty zbiór rekwizytów – skórzane pęcherze różnych rozmiarów w wydaniu hi-tec, opływowe kostiumy z rekiniej skóry, tyczki z węglowych włókien. Do tego całe menzury chemikaliów (właściwych i tych, które te właściwe mają zamaskować). Całość okraszona wannami potu i kilometrami naprężonych ścięgien. Jacy tam gladiatorzy? Co najwyżej – bohaterowie 700-stronicowych „epickich” tomisk, w których wątek pogania wątek, a na miejsce każdego z drugoplanowych bohaterów czeka już siedmiu innych, którzy dadzą się ze szczegółami opisać za sporo, sporo mniej.

| 2006-08-21, 00:28:58 | skomentuj (4)


for a minute there

Czytanie o narkotykach jest krzepiące. Okazuje się, że „niektóre plemiona syberyjskie w celu osiągnięcia ekstazy i przeżyć religijnych spożywały podczas obrzędów rytualnych trujący grzyb znany u nas jako muchomór (...) Wśród Samojedów znana była praktyka picia moczu osób strutych muchomorem, aby wydzielona w ten sposób trucizna bez śmiertelnego niebezpieczeństwa wywołała >>łagodne doznania religijne<<. Również wikingowie dobrze znali ten grzyb i aby zwiększyć waleczność i nienawiść do nieprzyjaciela, spożywali go przed walką”. Okazuje się, że bez peyotlowego miąższu ludzie także dają sobie radę. Konkwistadorzy zabronili spożywania kaktusa zwanego teonanacatl (tak, teo!) Aztekom. Dla jednych – „boska tkanka”, dla drugich – „diabelski korzeń”, różnie pojmowany mistycyzm, a stąd już tylko krok do 9/11. Nostalgia za holenderskimi laboratoriami i ścieżką dźwiękową z hiumen trafika wiedzie do smutnego wniosku. Otóż w zalewie tego „nafetowanego gówna” po kilka złotych sztuka prędko okazuje się, że filozofia to ściema, że ktoś wrobił królika Rogera i że naprawdę szczęśliwy może być tylko laureat licealnej olimpiady chemicznej. Przynajmniej dopóty, dopóki głośno krzyczący panowie nie złapią go na dosypywaniu dentystycznego środka znieczulającego do czegoś co kilka tysięcy kilometrów stąd było jeszcze kokainą. Fa na na na.

| 2006-05-18, 22:40:42 | skomentuj (1)


aesthetic surgery

Istnieje przynajmniej kilka osób, które zastanawiają się, dlaczego nie potrafię pisać o swoich przypadkach w sposób, na jaki one (te przypadki i te osoby) zasługują. Znam co najmniej cztery odpowiedzi na to pytanie. Najbardziej lanserska z nich mówi, że jestem „mitomanem, blagierem i fantastą” oraz że „ten człowiek w życiu słowa prawdy nie powiedział”. I to też jest prawda. Prawdę z pewnością da się jakoś zdefiniować, tylko ja tej definicji nie znam, a nawet jeśli – to na pewno jej nie rozumiem. Ponieważ nie uważam się za relatywistę (tylko za egocentryka) i chciałbym to udowodnić – postanowiłem pójść za głosem mody i skonstruować jakiś taki... swój kodeks wartości czy też zbiór kryteriów estetycznych. Oczywiście, nie musicie się z nimi zgadzać, jestem otwarty na dyskusję, ale dajcie mi tylko odrobinę władzy, a i tak zmuszę wszystkich do ich uznania za własne. Ceremoniał ich przyjęcia będzie polegał na uroczystym połknięciu kartki, na której owe reguły zostały własnoręcznie wypisane przez osobę dobrowolnie przystępującą do ich obowiązkowego przestrzegania. A zatem:

1. Respektuj 99,9 procent powszechnie uznawanych norm (do 0,1 procenta – tzw. marginesu owczego nieposłuszeństwa, wolno zaliczyć np.: grillowanie na balkonie, choć, oczywiście, nie tylko).

2. Nie stosuj przemocy w jakiejkolwiek formie wobec ludzi, co do których nie masz pewności, że na nią zasłużyli. Jeżeli w jakikolwiek sposób uzyskasz taką pewność – na wszelki wypadek – także jej nie stosuj.

3. Wysypiaj się czasem.

| 2006-02-24, 00:08:44 | skomentuj (3)


streetłajzing

Oczywiście, że liczę się z możliwościami. Z różnymi. Jednak terminologię wojenną uznaję tylko w sporcie. Tu nie ma nic do roważania - fiasko dotyczy tylko mających cel, a ja jestem trochę jak coca-cola: połowę miesięcznego budżetu na marketing przeznaczam na wkurwianie grupy docelowej.

| 2005-11-25, 00:17:54 | skomentuj (0)


Www

Oczywiście, że wszystko się kiedyś rozleci. Wpadną jacyś urzędnicy i to zjedzą. Fenomeny są nietrwałe. Mechanizm jest trudny do logicznego rozklepania.
Przyjemność płynie z siedzenia, z wydychania powietrza i śladowej ilości świetlnych luksów. W. sprawia świetne wrażenie. Zaczyna studia na architekturze krajobrazu i nie wie jeszcze, czym chciałaby się zajmować w tzw. życiu. Kiedyś myślałem, że to dobrze o kimś świadczy, że nie ma rozkminionych takich rzeczy; teraz sądzę, że to nie ma żadnego znaczenia. Tych, którym się wydaje, że wiedzą jest jednak coraz więcej i kiedyś bym powiedział, że to smutne i teraz pewnie też bym tak powiedział, tylko że ciszej.
W. bardzo dobrze się orientuje, kiedy należy poczęstować papierosem i wie, że jak się pali cygaro na włazie okrętu podwodnego na pełnym morzu - nie należy nic mówić. Obczaja również takie subkulturowe niuanse, że jak ktoś jest szatkowany na drobne cząsteczki, wypada schować solniczkę głęboko w kieszeni. W. naprawdę wie o co chodzi i to mnie onieśmiela.
Jeżeli więc soli wciąż jest wszędzie pełno, jeśli nie da się oblizać ust bez cholernego słonego posmaku i skoro wypadkowa absolutnie niemierzalnej satysfakcji uczestników tych, jak się później dowiedziałem - zwierzęcych godów - równa jest sześcianowi radości płynącej ze słuchania pojedynczych odgłosów pomniejszonemu o sumę wszystkich strachów, to fakt, że W. potrafi się w tym wszystkim nie tylko odnaleźć, ale jeszcze uśmiechnąć uważam za przeginkę.
Tymczasem w tym polarnym amoku, w tym niewyobrażalnym upale, w którym dochodzi do kolejnej konfrontacji pediatrii z biologią – W. gdzieś zniknęła i nie odnalazła się. Pomiędzy odciskami japonek w parkietowym mikroszlamiku czmychnęła gdzieś (dokądś?) bez śladu. Mogła jednak zauważyć wnętrze dłoni przesunięte po dżinsowym obszyciu. Nim wyszła (mogła zerkać przez szczeliny w roletach! wychodząc do światła stawała się niewidoczna, ha ha, jakie to proste, wystarczy usytuować się poza zasięgiem wzroku, poza fizycznym polem widzenia) spokojnie była w stanie zauważyć, że tu już nie chodzi o electro. W. widziała wówczas wszystko. Wjazd. I wyjazd (sól jest kluczem). Wwwwwwwww

| 2005-10-18, 23:20:27 | skomentuj (3)


wina!

Jestem sobie winien skromną relację z miasta na Cha. Za przykioskowym szlabanem stoją chłopaki. Mówią mi gdzie skręcić. Są w moim wieku, może ździebko starsi, w każdym razie – mimo braku lat już wiedzą jak dojechać. Za rondem jest sklep i nieczynna jeszcze stacja benzynowa. Będą na niej tankować maluchy ze śmiesznymi rejestracjami. Cmentarz komunalny z przodu ma niewysoki, ale solidnie wyglądający mur. Z tyłu puszcza – z mojej perspektywy nieprawdziwa, przyklejona jak fototapeta. Ale nie mogę tam wszystkiego kwestionować. W bagażniku, na nasączonej gąbce leży zwieńczenie podróży.
Do kaplicy prowadzi asfaltowa alejka. Pędzą nią żuki z chrustem i starymi gałęziami. Kierowcy slalomem mijają kuśtykające starowinki o dziwnych nazwiskach, których kompletnie nie pamiętam. Babunie z miasta na Cha wyglądają trochę tak jakby widziały tę rozwieszoną ścianę drzew z drugiej strony. Swoją drogą - do żuków też będzie można śmiało nalewać paliwa z tych zamkniętych dystrybutorów.
Trochę nie wiem co mam zrobić z rękami, do kieszeni nie wkładam – nie wypada. Pani o krągłych łydkach wita się z młodzikiem w tweedowej marynarce. Chce mi się palić, ale wytrzymam. Ksiądz w prowizorycznym konfesjonale wydaje się nieco opuszczony, ale nie jest mi go żal. Nikt w mieście na Cha nie będzie się spowiadał w taki dzień.
Wszyscy wychodzą, ja też się prostuje. Nie będziemy szli daleko. Asfalt z koleinami po pędzących żukach jest ciepły, ruszamy miarowo kołysani przez pieśń z kołchoźników. W tym mieście wszystko jest chyba na „cha”. Cha, cha, cha. Sam sobie jestem winien.

| 2005-08-02, 22:48:35 | skomentuj (1)


czas opuścić kapsułę (nie widzę związku)

Idzie ku lepszemu. Progresywizm - jednym słowem, czyli trąd pleniący perkusję i wokal, czy tam dyskusję i dialog, cokolwiek.
- Jest taki numer Davida Bowie'go - mógłbym śmiało napisać, ale nie zrobię tego.
Gość z Woodrowa jest naturalnie i zrozumiale zlękniony, bez sensu mam
te okulary, zakrywają mi pół twarzy, nie wypłosz łani, to dobry kontakt, musisz dla dobra ogółu, dla postępu, ku progresowi właśnie.
Przecież ja cię w ogole nie znam, możesz równie dobrze być kimkolwiek, pedofilem, oficerem wojska polskiego albo rumuńskiego, handlarzem selerem (dziś promocja - nać i koper w zestawie za 0,99 PLN), widzimy się pierwszy raz. Albo drugi, skąd możesz wiedzieć? Uśmiechaj się, buduj zaufanie, nie za szybko, nie za wolno, za wolno też nie wolno.
Stacja metra wygląda całkiem solidnie, tym trwalej im więcej kolorów mam na uszach. Na okładce czegośtam ktośtam, ja już sam nie wiem, gubię się, choć całkiem dobrze zorientowany jestem zarazem. Ogarniam, kminię, kumam headquatersa, ale też jakby nie czaję, nie łapię zależności, nie widzę związku.
Jeżeli w sobotę będę w stanie wstać na trening snookera o 12, to jeszcze wcale to a wcale nie znaczy, że dam radę pojechać na lekko kurwa atletyczne mistrzostwa starostwa w biegu rozstawnym dziadostwa. Nie czuję ciągu, nawet przyczynowo-postkoitalnego.

| 2005-06-22, 14:24:44 | skomentuj (1)


ulub sobie bakiera!

nakarm swego demona:
http://bakier.blog.pl/index.rss

mail:
bakier@blog.pl

art.pl

541. brama walhalli

amplituda (crepusculum)

wrak statku "nadzieja"

blog.pl

drzewiej:

12|04
11|04
10|04
09|04
08|04
07|04
06|04

04|04
03|04
02|04

księga:

zobacz
dopisz

inni

czerski
cecko
domarus
ostrowski
bogacka